Daj proszę, daj! Trochę (psychologicznego) powietrza daj!

„Co in­ne­go słyszeć, a co in­ne­go słuchać…”  Orson Scott Card 

Stephen R. Covey w swoim bestselerze, który łapczywie pochłonęłam w zaledwie dwa wieczory, wspomina o bardzo istotnej kwestii jaką jest świadome słuchanie.

Słuchając drugiej osoby, należy to robić z empatią, w hierarchii własnych priorytetów ustawiając na piedestale najpierw zrozumieć. Dopiero potem spróbować zostać zrozumianym.

Porównał taki rodzaj kreowania relacji ( rozmowy) do dawania komuś psychologicznego powietrza. Stwarzania atmosfery zaufania i pełnego zaangażowania w słuchanie, poprzez umiejętne parafrazowanie wypowiadanych zdań z dołączeniem określenia uczucia, które nasz rozmówca w sobie nosi w danym momencie.

Tak bardzo mnie zainteresowała dana kwestia, że postanowiłam wypróbować ją na moich znajomych, bliższych, dalszych, na wszystkich. Włącznie z rodziną.

Zawsze byłam dobrym słuchaczem. Ludzie spotkani po wiekach niewidzenia, przez 5 minut spędzonych na chodniku, będąc w drodze, potrafili opowiedzieć mi cały swój życiorys pełen burz, słońca, wzniesień i upadków od daty, kiedy to ponoć widzieliśmy się ostatnio. Uwielbiam słuchać ludzkich historii. Także wyzwanie, które sobie przedsięwzięłam, wydało mi się niesamowicie ekscytujące.

Musiałam mocno ćwiczyć własny charakter, powstrzymywać się od dawania rad ( a słynę z rozdawania tych złotych hehe), ponieważ dawanie porad to nic innego jak przefiltrowanie tej drugiej osoby przez własne schematy i punty odniesienia. Najtrudniej było odciąć się od oceniania. Bo pewne ścieżki zachowań ludzkich mamy tak głęboko wydeptane w głowie, że empatyczne słuchanie to niesamowita i naprawdę trudna przygoda. Dla siebie samego. Słuchać tak, by nie szufladkować, nie opiniować, nie poprawiać, nie krzywić się, nie wypierać, nie wciskać własnego zdania, nie myśleć o sobie w ogóle. Kto próbował, ten wie o czym tu piszę.

I w momencie, kiedy zaczęłam zwracać na powyższe sprawy uwagę, okazało się, że jest niezwykle skomplikowaną sprawą słuchać drugiej osoby. Nie tylko słyszeć co mówi i dzielić się własnym zdaniem. Doskonałym sposobem na sprawdzenie moich umiejętności ( czy wzrastają) był czas, kiedy ktoś stwierdzał z wyrzutem w moim kierunku, że go nie rozumiem. Wtedy zapalała mi się czerwona lampka i nastawiałam się mocno i intensywnie na słuchanie empatyczne. Na zrozumienie w pełni tej drugiej osoby.

Praktyka czyni mistrza. W przeciągu 3-4 miesięcy telefon brzęczał mi na okrągło. Ludzie, z którymi nie trzymałam wcześniej zbytnio kontaktów, teraz dopominali się o spotkania. To samo bliżsi przyjaciele ,współpracownicy. Nawet rodzice zmienili ton i sposób rozmawiania ze mną. Czułam, że traktowali mnie jak równego sobie, mądrego człowieka. To wszystko jest informacją zwrotną dla mnie.

Może nie jestem non stop perfekcyjnie uważnym słuchaczem, bo utrzymanie uwagi kosztuje trochę energii. A ta ma swoje limity, które wyszły wraz z czasem, kiedy ludzie wiedząc, że mogę im dać to psychologiczne powietrze, zaczęli do mnie wypisywać z prośbą o spotkanie tak natrętnie, niczym narkoman po swoją działkę, bo inaczej dostaje delirki i wpada w panikę.

Odkryłam wtedy czarną stronę angażowania się w słuchanie innych. Ludzie tak rozpaczliwie chcą zostać wysłuchani. Pragną, by ktoś ich zrozumiał. Samo to, daje już poczucie ogromnego wsparcia i liczy się znacznie bardziej niż wyszukane rady i metody. I kiedy tak pragnęli mojej osoby, to tak naprawdę chcieli poczuć się lepiej zrzucając własny emocjonalny balast.

Rozmowy zaczęły przybierać jednostronny monolog, przerywany gdzieniegdzie moją parafrazą z określeniem uczucia wypowiedzi mojego rozmówcy. Przestali pytać o mnie, a kiedy już przez grzeczność zapytali, potrafili w połowie przerwać moją wypowiedzieć, wracając do własnych spraw. Niektórzy o wyższej kulturze osobistej czekali uprzejmie aż skończę zdanie i nie zagłębiając się w zakamarki mojej egzystencji, przesuwali strzałkę tematyczną z powrotem na siebie.

Przyszedł moment, że cierpliwie i z pełnym zaangażowaniem słuchałam dalej ale jednocześnie wszystko we mnie krzyczało o chwilę szczerej rozmowy, gdzie to ja byłabym wysłuchana bez oceniania i poczułabym to wsparcie płynące z drugiej osoby. Z niektórymi znajomymi doszło już do tego, że mieli do mnie pretensje, kiedy nie mogłam się z nimi spotkać akurat w tym momencie, bo one miały zły humor i chciały się wygadać. Teraz, natychmiast! To już był dla mnie alarm. Coś gdzieś nie zadziałało. Coś musiałam zrobić źle…

Zaczęłam się więc zastanawiać i analizować, gdzie popełniłam błąd. Gdzie naciągnęłam i jakie granice, że teraz efektem jest, że ludzie mają mnie za konfesjonał : przyjść, wylać żale, odejść. Wrócić w przypadku nawrotu dolegliwości.

Myślałam sporo w tym kontekście. Mam kilka tez. Oczywiście, wyklarowanie się jasnych przyczyn wymaga testowania na żywym ciele. Na razie mam niektóre z nich:

Po pierwsze, oprócz słuchania i dawania siebie trzeba także mówić co się czuje. Z niektórymi osobami sytuacja uległa diametralnej zmianie. Kiedy wysłuchałam co ma do powiedzenia przyjaciel i wymyśliliśmy wspólnie rozwiązanie jego problemu, przeszliśmy na moją osobę. Wyczuwszy brak zainteresowania z jego strony,  wprost powiedziałam, że czuję, że nie interesują go moje sprawy, które dla mnie są niezwykle ważne i jest mi z tego powodu bardzo przykro. Ponieważ postanowiłam się właśnie z nim podzielić moim światem, a on nie chce go przyjąć. I to był strzał w dziesiątkę.

Po drugie, niektórzy po prostu nie chcą interesować się nikim innym jak tylko własną osobą. Takie coś już trzeba wyczuć i nie wkładać ani nadmiernie własnego czasu ani energii w takie relacje.

Po trzecie, nie być jak ten konfesjonał. Mam własne życie, plany. Nie zawsze muszę być ogólnodostępna. Jeśli się z kimś umawiam, to chcę go wysłuchać z empatią i radością, że dzieli się ze mną własnym wnętrzem. W przypadku spotkań przymusowych wzbierała we mnie złość. Do samej siebie. Odmawiać też trzeba się nauczyć.

Jestem w stałej fazie analizowania i testowania nawyku empatycznego słuchania. Także z przyjemnością napiszę moje kolejne wnioski i podzielę się spostrzeżeniami. Póki co, jestem szczęśliwa, że mogę pracować nad sobą i wzbogacać własne życie, pomagając przy tym także innym. Chyba nie ma lepszego przykładu synergii we wszechświecie 🙂

Może Wy macie jakieś własne doświadczenia w tej materii? Może czytaliście książkę Covey’a? Co o niej myślicie?

Reklamy

10 uwag do wpisu “Daj proszę, daj! Trochę (psychologicznego) powietrza daj!

  1. Umiejętność stawiania granic to najlepsza profilaktyka przed emocjonalnym i psychicznym wypaleniem się 😉 Moje doświadczenia są takie, że w relacjach opartych na przyjaźni, bez względu na poziom empatii i aktywne słuchanie, druga osoba zawsze pamięta i dba o to, żeby zachować dwustronność relacji. Z czystej ciekawości „Co u Ciebie?” i troski.

    Polubione przez 1 osoba

  2. Słuchanie to trudna sztuka. Siedzę w pracy po 8 godzin na telefonie i teoretycznie powinienem pomagać ludziom z problemami odnośnie płatności, w praktyce słucham o życiu samotnych staruszków, których rodzina ma w czterech literach. Jakoś nie mam serca im przerywać. Czasem to jedyna ich okazja do wygadania się.

    Polubione przez 1 osoba

    1. Też pracowałam na telefonie i ganili nas za pozwalanie na rozgadywanie się osobie po drugiej stronie, jednak tak jak piszesz. Myślę,że przynosiło im to ulgę, a wykazanie do tego odrobiny zrozumienia i delikatne załatwienie sprawy, przywracało wiarę w dobro. Szczególnie jak właśnie raczyli się gorzką samotnością. Trochę słodyczy przeganiało,choćby na moment, ciemne chmury 🙂

      Polubione przez 1 osoba

      1. Mnie nie ganiają. Tak długo, jak nie ma skarg to są szczęśliwi. 😛 Mamy najlepsze statystyki pod tym względem, bo ludzie sami mi mówią, że staramy się być ludzcy wobec nich. Inaczej to bym się źle czuł ze sobą. 😉
        Czasem miło pogadać z panią, która ma 90 lat i każdą ważną rzecz zapisuje, aby pamiętać. Powiedziała mi, że zapisuje sobie, o czym była rozmowa i jak jej smutno to sobie patrzy na kalendarz i notatki, i przypomina, aby było jej milej. Fajna sprawa. Chociaż są i drugie strony medalu, gdzie bywa to męczące, bo nikt nie ma się zająć panem z demencją, a on ma ograniczoną zdolność rozumienia niektórych rzeczy. 😦

        Polubione przez 1 osoba

      2. Ciężki kawałek chleba. Osobiście uważam, że przez telefon trudniej się pracuje z Klientem niż na żywo. Dlatego pełen szacunek za wkład i Twoje poświęcenie. No i muszę rzec, że czytając Twoją wypowiedź niesamowicie miło się robi na myśl o tym, że w ludziach wciąż jest ten szacunek dla drugiego człowieka, jego uczuć i zrozumienie dla kwestii płynących z ilości przeżytych lat. Great job!

        Polubione przez 1 osoba

  3. Niesamowicie mi się czytało ten tekst, bo przeszłam ostatnio bardzo podobną drogę. Też zawsze byłam dobrym słuchaczem, a odkąd studiuję psychologię, zaczęłam zwracać na tę umiejętność naprawdę dużą uwagę i bardzo intensywnie ją rozwijać. I podobnie jak u Ciebie, okazało się, że ludzie są niezwykle spragnieni wysłuchania bez oceny i dawania porad. Na początku całkiem mi się to podobało. Zawsze byłam człowiekiem z misją i chciałam ratować świat, a tu się okazało, że wystarczy trochę kogoś posłuchać, żeby jego dzień stał się lepszy. Ale im dłużej to trwało, tym ciężej mi się robiło. Zbierałam smutki i żale wszystkich moich znajomych, angażowałam się w nie emocjonalnie, a jednocześnie sama nie dostawałam od nikogo przestrzeni, by podzielić się swoimi refleksjami. Na szczęście w procesie psychoterapii od kilku miesięcy uczę się umiejętności stawiania granic i dbania też o swoje potrzeby, ale to cięęęężka i wyboista ścieżka 🙂

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s