Bajka o Lisim Wojowniku.

Pędził ile sił w nogach. Jego mięśnie poruszały się rytmicznie. Szaroburek był już zmęczony, jednak postanowił nie narzekać , żeby lis nie wziął go za marudę. Przemierzali soczyste od zieleni doliny usłane gdzieniegdzie delikatnym kwiatem. Świat zdawał się trwać w spokoju. W powietrzu unosił się ciepły zapach nadchodzącego lata. Dokoła wirowały białe puszki przekwitłego mlecza. Mimo, że krajobraz emanował uroczym, sielankowym nastrojem zachęcając do radowania się i zanurzenia w miękkości traw, zarówno kotek jak i jego rudowłosy towarzysz nie zatrzymywali się ani na chwilę.

Kiedy wbiegli w las otulony gęstym runem z każdej strony, lis zaczął zwalniać. Jego uprzednio żywy bieg zmienił się w dość szybki chód. Zwalniał jednak miarowo, aż w końcu się zatrzymał. Znajdowali się teraz w pobliżu cienkiej rzeczki, gdzie woda płynęła żywo i energicznie, niczym roześmiana tancerka kręcąc piruety na każdym zakręcie jaki napotykała na swej drodze. Towarzysz Szaroburka posadził go na płaskim kamieniu, bezpiecznie obok wody. Sam zaczął łapczywie pić. Mimo, że wyglądał na zmęczonego, spojrzenie jakie posłał kotkowi było pełne ognia i siły. Miał mądre oczy. Malec z łatwością odgadł, że na pewno dużo widziały. Kiedy tak trwali w ciszy, przerwała im ją kukułka. Lis uniósł nagle głowę spoglądając prosto w niebo. Nasłuchiwał. Kotek bacznie go obserwował. Potrzebował odpoczynku. Choć był niesiony przez lisa całą drogę i nie zmęczył swoich łapek, to jednak kark go bolał i skóra cierpiała od pewnego uścisku szczęk Wojownika. Lisie ucho drgnęło. Dalej z głową wyciągniętą ku górze przemówił do kota:

– Szaroburku. Niedługo będzie się ściemniać. Noc nie sprzyja podróżom. Poszukamy w tym lesie noclegu. Tutaj spędzimy bezpiecznie noc.

Kotek tylko ulegle pokiwał głową. Lis przeszywał go wzrokiem.

– Idę poszukać czegoś do jedzenia, żebyś jutro miał siłę na dalszą drogę. Za Tobą jest ogromne drzewo, widzisz?

– Tak, widzę.

Szaroburek obejrzał się za siebie i jego oczom ukazał się potężny dąb. Że też nie zauważyłem go wcześniej?- pomyślał. Drzewo mocarnie stało i robiło niesamowite wrażenie. Jego rozłożyste konary tonęły gdzieś w gęsto ułożonych liściach. Zachodzące słońce przedzierało się przez nie cienkimi promykami, dotykając delikatnie mchu, jakby drapało go po plecach. Z kilku gałęzi z nieukrywanym zaciekawieniem patrzyły na przybyszów wiewiórki. Jedna z nich zwinnie zeszła po drzewie na dół. Gałęzie poruszyły się nieznacznie.

– Nie gadaj, że Cię łaskoczę! – zapiszczała wiewiórka w stronę dębu. Miała wyjątkowo puchaty ogon i błyszczące czarne oczka. Podbiegła do lisa. Popatrzyli na siebie i jakby bez słów porozumieli się, bo gryzoń tylko kiwnął głową. Po tym odwróciła się do Szaroburka.

– Chodź ze mną mały przyjacielu. Dąb użyczy Wam dzisiaj schronienia w swoich korzeniach. Będziesz mógł odpocząć spokojnie. Twój opiekun pójdzie teraz na chwilę ale Ty się nie bój, jesteś bezpieczny z nami.

Uśmiechnęła się życzliwie do kota po czym maleńką łapką zakończoną ostrymi pazurkami wskazała na dąb. Na gałęziach ledwo dostrzegalne, bo ukryte wśród bujnych liści były wiewiórki. Ich mahoniowe futerka migały gdzieś wśród żołędzi. Zdawać by się mogło, że są ich tam setki. Kociak uśmiechnął się. Po raz pierwszy od tego dnia, kiedy stracił matkę. Spojrzał pytająco na lisa, ten w geście przyzwolenia przymknął powieki, dając do zrozumienia , że zgadza się aby Szaroburek udał się z wiewiórką do starego dębu. Kiedy kotek dotarł do drzewa, lis jakby rozpłynął się w powietrzu. Bez żadnego szelestu zniknął z pola widzenia.

HISTORIA LISIEGO WOJOWNIKA

Potężne korzenie dębu zaskrzypiały niebezpiecznie i uniosły się lekko do góry, tworząc wąskie przejście do środka. Poruszona czarna ziemia odurzyła swym zapachem kotka. Wiewiórka położyła łapkę na ramieniu malca i dłonią zapraszająco wskazała ciemny tunel przed nimi.

– Chodź, idziemy do środka.

– Ale tu jest tak ciemno, nie wiem dokąd iść. A jak się wywrócę?

– Spokojnie maluszku, mamy pomocników – roześmiała się głośniej wiewiórka. Przyłozyła dwa palce do ust i wydała dziwny, świszczący dźwięk.

Nagle dało się usłyszeć stłumiony szum. Jakiś cień przeszywał powietrze poruszając niskie krzaczki i leśne kwiaty. Malec zamarł. Miał wrażenie, że serce mu właśnie staje- Czy to Mroczni? Znaleźli mnie?

Wiewiórka poczuła jak kociak cały się spina i nakazującym tonem zawołała w stronę ciemnej chmury, by się zatrzymała. Tak też się stało.

– Ukażcie się!

W jednej chwili, ciemny obłok zaczął się rozjaśniać, najpierw od środka, potem także po bokach. Coraz jaśniejsze, jasnozielone światło oślepiło wpierw kotka. Pomrugał kilkakrotnie i teraz dostrzegł, że to czego się tak bał, to było stado leśnych świetlików, które przybyły z pomocą rozdarcia mroku między korzeniami dębu. Przepłynęły w powietrzu miękko falując i wleciały w dębowy tunel. Kiedy już umościły się w nim wygodnie, przejście wyglądało tak, jakby samo niebo użyczyło gwiazd na ten czas specjalnie dla Szaroburka, by rozjaśnić mu myśli i uradować serce.

W środku była jakby jama. Dość przytulna, wyłożona miękkimi liśćmi. Szaroburek wybrał sobie wygodniejszy kąt, zwinął się w kłębek i obserwował niebo ze świetlików, jakie powstało na sklepieniu norki.

– Wiewiórko, czy znasz Pana Lisa?

– Tak. Oczywiście. Jest legendą i choć w ogóle o tym nie wspomina, historie o nim niesie sam wiatr. Do każdego lasu, do każdej nory, dziupli i szałasu. Jest naszym bohaterem. Tak jak był i jego ojciec…

– A jak został bohaterem? Powiedział, że znał moją mamę…- Malec miał tyle smutku w głosie, że wiewiórkę ścisnęło serce. Było jej szkoda malca i współczuła mu, że dotknęło go tyle cierpienia. Postanowiła na chwilę wyrwać go z uścisków żałoby i opowiedzieć mu historię Lisiego Wojownika.

*************************************

Lis przyszedł na świat w rodzinie wojowników. Od początku, kiedy tylko nauczył się pewnie stąpać po ziemi, był ćwiczony i szkolony. Mimo morderczych treningów i wykańczających lekcji był naprawdę szczęśliwy. Jego ojciec Miedziany Lis i matka Złotooka Lisica bardzo go kochali i nie szczędzili mu uścisków i czułych pocałunków. Od taty uczył się sprytu i ćwiczył swe ciało. Mama ukazywała mu, jak patrzeć sercem, działać mądrze i kierować się intuicją. Jego życie, choć wypełnione ciężką pracą, było sielanką. Do czasu…

Kiedy do Mrocznego Pana dotarła wieść o rosnącym w siłę i wiedzę wroga, postanowił on zniszczyć lisie klany. Dodatkowo spokoju nie dawała mu przepowiednia zasłyszana pewnej mroźnej nocy od Wszystkowidzącej Sowy. Głosiła ona, że przyjdzie na świat kocię. O sercu czystym i niewinnym jak łza magicznego kwiatu paproci. I dziecię to dokona wielkich zmian. A od zguby uratuje je Lisi Wojownik.

Tego jesiennego popołudnia lisy w czasie przerwy bawiły się na polanie. Beztrosko skakały próbując uchwycić rozbawione tym faktem motylki. Nagle ziemia jakby zadrżała. Niebo gwałtownie pociemniało i zerwał się zimny wiatr. Młoda przyjaciółka lisa z przerażeniem spojrzała na swego kompana.

– Czy to możliwe? Czy to Mroczni Posłańcy?

– Musimy szybko wracać do wioski! Jeśli to faktycznie oni , nasi będą potrzebować wsparcia!-odpowiedział inny lis.

– Poczekajcie! Ktoś tutaj biegnie!

To była Złotooka Lisica. Szybko znalazła się przy młodym pokoleniu i dysząc z wysiłku, ze strachem w oczach krzyknęła do nich:

– Nie możecie wrócić do wioski! Mroczni.. To oni. Mroczni przyszli nas zgładzić i musimy się szybko gdzieś ukryć!

Jej syn zmarszczył w złości brwi – Gdzie jest tata?- zapytał. Matka podeszła do niego i położyła łapę na jego łapie, dając tym samym do zrozumienia, że ojciec został walczyć wraz z innymi.

– Mamo! Nie mogę go tam samego zostawić ! Będzie mnie potrzebował. Mówił, że jestem szybki i skaczę wyżej niż wszyscy inni!

– Kochanie, nie możesz nic zrobić. Oni tam zostali walczyć a Wy jesteście naszą przyszłością i przeszłością. Musicie przeżyć. I właśnie na tym najbardziej zależy teraz Twojemu ojcu. Ojcom Was wszystkich. A teraz chodźcie za mną… starszyzna i Wasze matki już na nas czekają w Borowinowej Kryjówce.

Lisica spojrzeniem nakazała synowi posłuszeństwo i zaczęła biec powoli do przodu. Kiedy ruszył za matką, ta przeświadczona, że syn jej usłuchał przyspieszyła i odwróciła od niego wzrok. W tym samym momencie młody Lisi Wojownik zatrzymał się. Patrzył przez chwilę na znikających w oddali przyjaciół i ukochaną matkę. Chociaż w głowie plątała mu się myśl, że może nie przeżyć starcia z wrogiem, postanowił zachować się jak bohater. Postanowił walczyć łapa przy łapie ze swoim ojcem i pokazać mu, jak dzielnego i walecznego ma syna. Że może być z niego dumny. Ostatni raz posłał matce spojrzenie pełne miłości i wdzięczności za wszystkie słodkie pocałunki i czułe uściski. Odkręciwszy się w kierunku, gdzie teraz trwała bitwa, ruszył spiesznie. Miał wrażenie że żyłach płynie mu nie krew lecz przelewa się żywy ogień, napędzając jego serce siłą i odwagą a umysł bystrością i dziką żądzą walki.

Kiedy przedarł się przez dolinę i gęste zalesie, jego oczom ukazał się obraz straszny i zatrważający. Oto Mroczni krążyli nad lisią wioską i wysysali życie z ciał jego bliskich. Półprzezroczyste, nieforemne postaci w czarnych łachach, długimi i kościstymi paluchami osłaniali się od ataków broni leśnych stworzeń, które jeszcze trzymały się na nogach. Wtem dostrzegł w tumanach kurzu swego ojca, który wraz z leśnym dzikiem właśnie pokonali jednego z Mrocznych. Ten osunął się na ziemię i zmienił w błotnistą kałużę.

-Tato! Tato!

– Synu! Co Ty to robisz? Twoja matka miała Cię zabrać w bezpieczne miejsce. Do schronienia. Tutaj grozi Ci niebezpieczeństwo!

– Nie mogłem się skryć i siedzieć czekając na wieści o Tobie. Uczyłeś mnie walczyć, uczyłeś mnie, bym był dzielny. Nie chciałem, byś był sam.

– Spójrz synu, rozejrzyj się dokoła. Nie jestem sam. Nigdy nie byliśmy sami. Mroczni prześladują także innych mieszkańców lasów. Silne Dziki, Delikatne Łanie, Odważne Niedźwiedzie, Dzikie Pumy, Niepozorne Jeże, Dumne Jelenie… Wszyscy tu dziś jesteśmy i walczymy wspólnie. Widzisz?

Młody lis rozejrzał się dokoła uważniej. Widział ciała różnych zwierząt, których dusze uleciały już z tego świata. Przerażone puste oczy tych, z których wiecznie spragnione energii usta Mrocznych wyssały życie.

-Uważaj! – Dzik rzucił się w kierunku  Miedzianego Lisa i jego syna. Od tyłu próbował ich zaatakować Złośliwy Gnom. Gnomy były poplecznikami Mrocznych Posłańców. Brudzili sobie ręce na ich rozkaz i w brutalny sposób rozprawiali się ze swoimi ofiarami ku uciesze Posłańców. Były małe, krępe i całe obrośnięte kurzajkami. Ich zielonkawy kolor skóry pozwalał na doskonałe maskowanie się wśród kolorów lasu. One także są leśnymi stworzeniami, ale serca z natury przepełnione złośliwością i nienawiścią wybrały Mrok, którym nęcił ich sam Mroczny Pan. I kiedy jeden z Gnomów z szaleństwem w oczach podskoczył do  młodego lisa, Silny Dzik nabił go na swoje kły pozbawiając go życia. Młody lis w przerażeniu odskoczył na bok. Niestety trafił łapkami na nieduże urwisko i zdezorientowany stoczył się w dół wąwozu.

– Synu! – Miedziany Lis widząc to, rzucił się wraz z Silnym Dzikiem na dół za swoim dzieckiem.

– Synu, gdzie jesteś?!- wołał przerażony lis.

-Tutaj tato! – Młody lis leżał ze zwichniętą łapką wśród połamanych paprotek – żyję, ale nie mogę chodzić na przednią łapę. Chyba ją skręciłem uderzając w korzeń, kiedy spadałem w dół.

Dzik dobiegł zdyszany warcząc do swoich towarzyszy i ze złością w głosie powiedział:

– Miedziany Lisie, odeślij małego do kryjówki! Musimy wracać na górę. Z pomocą przyszli nam mieszkańcy Sosnowego Lasu i Wschodniej Polany. Jest szansa rozprawić się z tymi wrednymi istotami.

– Synu, teraz posłuchaj mnie uważnie – Miedziany Wojownik spojrzał głęboko w oczy Młodego Lisa. Widać było w nich trwogę i przejęcie. Martwił się o swego syna, a ten ujrzał to w jego spojrzeniu. Ojciec kontynuował:

-Wiem, że jesteś tu by nam pomóc, by mi pomóc. Wiem, że jesteś dzielny, zwinny i szybki jak nikt. Zawsze byłeś i będziesz moich ukochanym synem, jestem z Ciebie razem z matką bardzo dumny. Ale musisz już iść. Musisz dołączyć do swojej matki, ona pewnie umiera z przerażenia. Pokaż, że jej nauki nie poszły na marne i mądrość, którą w Ciebie wpoiła, żyje w Tobie. Posłucha j mnie i uciekaj stąd.

Wtem zawył wysoko i ostro dźwiękiem, jakiego Młody lis jeszcze nie słyszał. Wiedział, że jest to dźwięk, którego ani Gnomy ani Mroczni nie są w stanie usłyszeć.

Nagle zaszeleściły krzaki przed nimi. Młody lis zjeżył się lekko, gotów tym razem zaatakować. Lecz spod ostrych liści dzikiej maliny wyszła kotka czarna jak noc o oczach zielonych jak szmaragdy.

– Jestem przyjaciółką Twojego ojca. Chodź ze mną. Wiem, jak dotrzeć do kryjówki – powiedziała pewnym głosem lekko zaciągając słowa po kociemu. Miedziany Lis przyłożył swoją głowę do głowy syna. Teraz ich oczy były bardzo blisko, tuż naprzeciwko siebie.

– Mój najdroższy synu. Wiedz, że Cię kocham i wierzę w Ciebie. Masz odważne i czyste serce. Weź to.

Ojciec zdjął z szyi małą buteleczkę ze srebrnym, mieniącym się płynem w niej. Nosił ją zawsze na piersi i nie zdejmował. Nie powiedział też  nigdy synowi co jest w środku, choć ten dociekał wiele razy. Tym razem też nie wyjaśnił dokładnie co zawiera.

– Ojcze, przecież mówiłeś, że to Twój skarb i nie możesz mi go podarować. Że on Cię chroni.

– Tak mówiłem, ale chronić to on miał zawsze za zadanie Ciebie i Twoją matkę. Teraz Ci go daję. Dbaj o jego zawartość. W tym niepozornym, małym szkiełku mieści się potęga. Przyjdzie dzień, że będziesz wiedział, jak ją wykorzystać. A teraz idź. Powiedz mamie ,że ją kocham. Zmykaj czym prędzej! Uciekajcie stąd!

Młody lis widział po raz pierwszy, jak w oczach jego ojca rodzą się łzy. Choć nie chciał dopuścić do siebie tej myśli, wiedział, że jest to pożegnanie.  Zakuło to jego serce i bez dyskusji wykonał polecenie ojca. Nie chciał mu się już sprzeciwiać, nie chciał go złościć. Jego oczy momentalnie pokryła gruba zasłona łez. Wraz z Czarną Kotką ruszyli pędem w drugą stronę na sraj lasu. Stanął jeszcze na chwilę, by obejrzeć  się za siebie ale nie dostrzegł już ani ojca ani Silnego Dzika. W ciemniejącym lesie grały już tylko cienie sylwetek postaci, które wciąż uczestniczyły w walce z Mrocznymi i Gnomami. Młode lisie serce wypełnił głęboki smutek i żal. Biegł z powrotem obok Czarnej Kotki lekko utykając. To, co stało się potem, nastąpiło bardzo szybko…

Zbliżali się już do miejsca, w którym znajdowała się kryjówka. Naprzeciw im wybiegła matka Lisiego Wojownika.

– Gdzie byłeś?! Jak mogłeś mi to zrobić?? Dlaczego nie usłuchałeś się mnie. Co Ci się stało? Czemu kulejesz?

– Mamo, widziałem się z ojcem. Kazał Ci powiedzieć, że Cię kocha..-załamał mu się głos.

– Lisica ze łzami w oczach spojrzała na swojego syna i już miała objąć go szyją, gdy nagle poczuła między żebrami silny ból. Odrzuciło ją na bok i pół przytomna patrzyła na to co się obok niej dzieje. Okazało się, że jej syna i Czarną Kotkę śledziło dwóch Mrocznych Posłańców. Mieli znaleźć resztę stworzeń i je zgładzić, nie pozostawiając ani jednego przy życiu. Teraz jeden z nich próbował zaatakować Lisią Matkę, ale Czarna Kotka, choć brutalnie, odepchnęła ją na bok, ratując ją tym samym przed niechybną śmiercią. Rudowłosy wojownik leżał kilka metrów od matki, zszokowany widokiem wroga. Ale jak on tu trafił? Jak to się stało, że tu dotarł, przecież byliśmy ostrożni! – myśli kołatały mu się po głowie niczym stado uwięzionych, wystraszonych ciem zamkniętych w słoiku. Gdy wypatrzył go Mroczny Posłaniec od razu popłyną w jego kierunku. Drugi szarpał się wciąż z Czarną Kotką. Młody lis oddychał szybko. Rozglądał się dokoła szukając pomocy, ale nikt nie obserwował tego, co się teraz działo. Nikt nie przyszedł na ratunek.

Mroczny zbliżył się do przerażonego młodzieńca na odległość  zaledwie kilku stóp, a już nawet wtedy lis wyczuł zatęchły odór śmierci i mroku jakie otaczał postać przed nim. Przerażająca, blada twarz z głębokimi, czarnymi oczodołami nachyliła się w stronę młodego wojownika. Miał na twarzy coś w rodzaju półuśmiechu wykrzywionego w szaleńczym grymasie.

– Czego ode mnie chcesz!? – zawołał młody lis do Mrocznego.

– Czego ja chcę? O nieee, ja nie chcę niczego. Ja się jedynie delektuję. Smakuję rozkazami mego Pana. A mój Pan kazał Was zabić. Wszystkie rude łby. Ściąć!! – Posłaniec roześmiał się głosem tak pustym jak echo w głębokiej studni.

– Czymże Wam zawiniliśmy? Dlaczego chcecie nas zgładzić? Przecież nie wchodziliśmy Waszemu Panu w drogę. Czemu tak się mści na nas!??

– Jeszcze nie, oj nie. Młody, dzielny lisku. Nie namieszaliście w planach Pana, bo my Wam przeszkodzimy. O taaaaak. Dlatego teraz już nie pokrzyżujecie żadnych jego planów. Plany, plany… Pan ma plan. O taaak. I was rudych wojowników w nim nie ma!

W tym momencie Mroczny gwałtownie wygiął się do przodu, próbując zadać cios swoim szponem młodemu lisowi. Jego pazur zahaczył o pierś lisa raniąc go dotkliwie. Lecz nie to przeraziło najbardziej młodego wojownika. Serce zmroziło mu się w chwili, gdy pękła buteleczka ze srebrzystym płynem i ten rozlał się na jego futro docierając do rany. Okropne szczypanie jakie wtedy poczuł wykrzywiło mu pyszczek. Nagle przeszył go jakby prąd elektryczny wzdłuż kręgosłupa i sparaliżowało mu łapy. Jakieś światło rozdarło mrok i młody lis stracił przytomność. Ostatnią rzeczą jak wtedy zobaczył były wilgotne od łez, błękitne oczy jego ojca…

Słońce leniwie wyłaniało się zza horyzontu, kiedy młodzieniec  odzyskał przytomność. Leżał teraz w borowinowej kryjówce. Obok niego była także jego matka. Ona jeszcze nie odzyskała przytomności. W półmroku dostrzegł zielone oczy. Obserwowały go bacznie.

– Co.. co się stało?! Gdzie są Mroczni? Jak ja się tu znalazłem?

– Spokojnie – Czarna Kotka położyła łapę na lisie nakazując mu pozostać na miejscu. Choć była znacznie mniejsza od niego, siła jej łapy wydawała mu się niesamowicie ogromna. Usłuchał bez sprzeciwu. Nie miał sił na przepychanki. Wyczekująco patrzył na Czarną Kotkę, a kiedy ta upewniła się, że lis nie będzie próbował uciekać, odezwała się do niego:

– Mój drogi, Twojej matce nic nie jest. Dzielnie walczyła ale odniosła kilka ran i teraz wypoczywa.

Lis odetchnął z pewną ulgą ale za chwilę przypomniał mu się ojciec. Który przecież pozostał tam, na polu walki.

-A mój tata? Czy coś wiadomo o naszych? Czy bitwa się już skończyła?- Lis miał w oczach przerażenie  ale wciąż tliła się w nim iskierka nadziei. Wiary w to, że zaraz zobaczy, jak do kryjówki wchodzi cały i zdrowy jego ojciec…

Kocica spuściła wzrok i wzięła głębszy oddech. Spojrzała z powrotem na lisa w napięciu czekającego na odpowiedź.

– Tak, bitwa się już skończyła. Dużo naszych braci i sióstr poległo… Niestety. Przykro mi Młody Lisie. Twój ojciec zauważył, że dwóch Mrocznych popłynęło w dół wąwozu i bojąc się, że nas dogonią, ruszył za nimi. Kiedy ja z Twoją matką walczyłam z jednym z nich, on rzucił się na tego, który próbował zabić Ciebie… I wtedy… – kotka urwała i zakryła łapkami oczy. Jakby chciała wymazać obraz minionych spojrzeń z głowy.

– I co wtedy?! Kocico, powiedz mi!

Szmaragdowooka Kotka położyła swoją łapkę na lisią i nie ukrywając ogromu smutku jaki ją przepełniał, pozwoliła łzom płynąć spokojnie. Kontynuowała:

– Wtedy Twój ojciec doskoczył do niego. Mroczny zaskoczony jego obecnością gwałtownie się odkręcił i dotkliwie ranił Twojego ojca. Ten upadł. Twoja matka rzuciła mu się na pomoc. Jednak Posłaniec odepchnął i ją. Chciał już zawrócić do Ciebie ale wtedy Twój ojciec resztkami sił rzucił się niego i wgryzł mocno w jego szyję.

– Nie! Przecież … Przecież on wiedział, że ich krew niesie śmierć!  Przecież? Ale jak on…- lis zaczął szlochać. Świadomość, ze ojciec zmarł w wielkim bólu i cierpieniu, bo ratował jego, wywołała w młodzieńcu ogromne wyrzuty sumienia i poczucie winy. Nie mógł znieść myśli, że jego tata umarł, bo on nie potrafił sobie poradzić z Mrocznym, bo nie był wystarczająco silny. Kotka widząc olbrzymie cierpienie lisa przysunęła  i przytuliła go najżyczliwiej jak tylko potrafiła. Ogromny ciężar jaki miał teraz na sercu  młody lis sprawił, że zapomniał o własnej ranie. Dopiero jak Kocica podeszła do niego bliżej, zauważył srebrną bliznę wzdłuż jej łapy.

– Co to jest? Co Ci się stało? A ja? Ja…. – lis zaczął szukać rany na swej piersi, która przecież powinna była odebrać mu już życie ale nie znalazł po niej ani śladu… Wielkimi oczami spojrzał się na Kotkę licząc, że ta mu zaraz wszystko wyjaśni. Ale Kotka milczała. Sama ewidentnie zmieszana i zagubiona. Zarówno Młody Lis i Czarna Kocica nie mieli żadnych śladów po walce. Patrzyli tak na siebie z mieszanymi uczuciami zdziwienia, bólu, cierpienia i zaciekawienia. W końcu, od natłoku wszystkich przykrych informacji i rozpaczy, która rozdarła lisie serce na pół, młody wojownik zasnął.

Obudził go dotyk czyichś łapek. Wystraszony przebudził się gwałtownie spinając wszystkie mięśnie gotowe do ataku.

– Spokojnie, to tylko ja – powiedział Stary Zając, który uważnie przyglądał się teraz lisowi. Dotykał jego piersi, badał jego futro, pocierał skórę pod nim… Zaciekawiony lis nie wiedział co się dzieje. Jednak czuł, że coś bardzo dziwnego.

– Chodź ze mną – nakazał Stary Zając. Był to jeden z członków Starszyzny Północnego Lasu. Lasu, który do nie dawna był dla młodego lisa ciepłym i bezpiecznym domem. Zając był najstarszy i najmądrzejszy ze wszystkich. Potrafił czytać ułożenie gwiazd i znał się na wszystkich stworzeniach i roślinach, jakie tylko znajdowały się tutaj i w odległych krainach.

Kiedy znaleźli się na powietrzu, słońce już chowało się za horyzontem rzucając na dolinę krwawy blask. Podeszli do najbliższej kałuży obok tęgiej wierzby i Stary Zając nakazał młodemu spojrzeć w swoje odbicie. Dopiero teraz Lisi Wojownik zauważył szeroką, srebrną bliznę przecinającą jego pierś dokładnie w tym miejscu, w którym rozciął go szpon Mrocznego. Lis zaczął kiwać głową i zmarszczył brwi nie rozumiejąc kompletnie o co tutaj chodzi. Stary Zając, jakby czytając jego myśli zaczął mówić:

– Kiedyś w lasach było więcej magii. I zwierzęta też miały moce większe i potężniejsze niż teraz. I był wśród nich Brodaty Koziorożec. Skakał on po najwyższych skałach, odwiedzał odlegle łąki położone wysoko nad ziemią. Pewnego razu podczas jednej z wypraw, późną nocą, dostrzegł coś nadzwyczajnego. Niebo pojaśniało aż jego blask zaczął go oślepiać. Skrył się więc między dobrotliwymi krzewami różanymi i widział, jak zagubiona gwiazda, która wypadła ze swej trasy, spadła tuż przed nim. Piękna , jasna, srebrzysta. Mieniła się jak nic co dotąd widział. Choć była mała i mieściła by się w ludzkiej dłoni, jej uroda zapierała dech w piersiach. Kiedy Koziorożec  próbował ją wziąć, okazała się zbyt krucha i delikatna. Natychmiast zamieniła się w srebrzysty pył, który mienił się równie pięknie co księżyc tej nocy. Koziorożec ostrożnie przesypał proszek do sakiewki i przyniósł do starszyzny opowiadając całą historię…

Młody lis dotknął łapką blizny.

-Tak mój młody przyjacielu. To właśnie moc tej gwiazdy Cię uratowała. Ten podarek od Starszych był w Waszej rodzinie od pokoleń, przechodząc z ojca na syna. Strzeżono go pilnie i używano tylko w ostatecznej potrzebie. Wystarczyło niewielka ilość, by uzdrowić rany, zaleczyć ciało. Jednak w tak ogromnej ilości nie potrafimy powiedzieć, co z Wami zrobił…

– Z nami? – Lis spojrzał zdziwiony na Starego Zająca, który stał cały czas z taką samą miną, podparty o kawałek korzenia olchy służącego mu za laskę.

– Tak, z Wami. Bo w momencie jak Twoja matka próbowała ratować Twojego ojca, Czarna Kotka pokonawszy jednego z Mrocznych podbiegła do Ciebie i próbowała ochronić Twoją ranę. Sama miała poważne na swych łapach i płyn wyciekając z Twojej piersi, dotarł również i do jej krwi…

– Co z nami teraz będzie?

– Nie wiem, mój młody wojowniku. Czas pokaże…

******************************************************

Szaroburek sturlał się z korzenia na którym wisiał z otwartym pyszczkiem słuchając opowiadania Wiewiórki.

– I co się stało? Wiewiórko, powiedz mi. Co się stało z Lisim Wojownikiem?

Wiewiórka zaśmiała się cichutko, podeszła do kotka i pogłaskała go po głowie.

– Widzisz Szaroburku. Cała ta historia działa się ponad 150 lat temu… Więc znamy już skutek działania magicznego płynu. Przez te wszystkie lata Lis szkolił młode pokolenia do walki i sam brał udział w najważniejszych i największych bitwach o jakich słyszały te lasy i odległe krainy. Był zawsze on i jego dzielna towarzyszka Czarna Kotka.

Kotek zrobił ogromne oczy ze zdziwienia. Cala ta niesamowita historia pozwoliła mu zapomnieć na chwilę o własnym cierpieniu. Ale postać Czarnej Kotki o zielonych oczach przypomniała mu o jego mamie. Serce zatęskniło za jej uśmiechem i łagodnym głosem.

Wiewiórka widząc to przytuliła mocno kocię do serca. W tym momencie do nory wszedł lis niosąc w zębach owoce leśne na kolację. Kiedy mijał kotka, coś błysnęło na jego piersi. To była srebrna blizna ukryta pod rudym futrem. Lisi Wojownik dostrzegł zainteresowanie w oczach malca i kładąc przed nim jagody, nakazał mu jeść. Sam uczynił to samo.

Lis obserwował Szaroburka i jego zielone oczy. Dopadła go nostalgia wspomnień i minionych czasów. Szaroburek miał oczy po matce. Po dzielnej, czarnej jak noc kotce, która stała u boku Lisiego Wojownika przez 150 lat…

Wszyscy zasnęli szybko i głęboko. Jutro czekał ich kolejny ciężki dzień wyprawy. Kotkowi tej nocy śniły się mroczne postaci, które pokonują inne zwierzęta leśne i koziorożec, który rozmawia z gwiazdami. I widział Czarną Kotkę jak walczy u boku Lisiego Wojownika. Jej uśmiech uradował serce malca. Uśmiechnął się przez sen i dalej tej nocy już nic nie zmąciło jego spokoju.

 

 

 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s