Bajka o ocaleniu Szaroburka. Początek.

Wiara. Nadzieja. Miłość. W myślach powtarzane słowa, dudniły w głowie młodej kotki niczym potężny dzwon z wieży kościelnej. Biegła co sił w łapach przed siebie wąskim poboczem wzdłuż ściany lasu. Mrok ukrywał stromy spadek w dół, skąd pięły się strzeliste, wysokie drzewa. Była już późna noc, padał gęsty deszcz. Jej bystre zielone oczy wyłapywały wszelkie przeszkody na drodze. Uciekała.

Wiara. Nadzieja. Miłość. W zębach trzymała swojego malutkiego synka. Choć był przerażony i potwornie zmęczony, ufał swojej matce i nie wydał ani jednego pisku. Jego gładkie, szare futerko rozczesywały krople deszczu. Miał zamknięte oczka. Bał się patrzeć na to, co kryło się w cieniu za nimi. W mroku przed którym tak długo uciekają.

Niespodziewanie przed nimi pojawił się jeden z Mrocznych Posłańców. Stanął na przeciwko matki z dzieckiem.

– Stój. Nie masz już dokąd uciec. Nie czujesz się już zmęczona tą wieczną ucieczką? Oddaj nam Malca, a będziesz mogła odejść stąd żywa.

Kotka położyła malucha u swoich przednich łapek. Spojrzała przeszywającym wzrokiem na Mrocznego i zjeżyła się. Mokre futro posklejane deszczem wyglądało jak kolczasta płachta na grzbiecie matki.

-Nigdy go nie dostaniecie. Ani dziś, ani jutro, nigdy!

Mroczny prychnął pod nosem i z drwiącym uśmiechem przechylił swoją bladą, prawie przezroczystą głowę na bok. Po chwili spoważniał i niskim tonem odpowiedział:

– W takim wypadku nie pozostawiasz nam wyboru. Zginiesz! A twój syn dopełni swoich dni służąc memu panu!

Mroczny Posłaniec ruszył w stronę kotki. Widząc to matka chwyciła płaczące kocię z powrotem w pyszczek z zamiarem ucieczki w drugą stronę. Niestety z tyłu czekała na hasło do ataku zgraja Złośliwych Gnomów. Kotka była w potrzasku.Cofała się więc niepewnie aż pod łapkami poczuła, że grunt jest coraz mniej stabilny. Tuż za nią było urwisko. Nie miała już dokąd uciekać. Położyła synka na ziemi, spojrzała mu głęboko w oczy i powiedział do niego:

– Pamiętaj mój ukochany, malutki synku. Wiara. Nadzieja. Miłość. Przy czym ta ostatnia niech zawsze wskazuje ci drogę. Ufaj swemu sercu. Jesteś dobry. I tak czysty i piękny jak niewinna i nieskalana jest twoja dusza. Nigdy się nie poddawaj. Nigdy nie idź w stronę mroku. Nie dawaj się zwieść upojnym obietnicom i nie zatrać się w skarbach i pieszczotliwej ułudzie przyjemności. Kocham cię, wierzę w ciebie i zawsze będę przy tobie. Zaufaj mi teraz. Nic Ci nie będzie.

Pocałowała malca w czoło i delikatnie pchnęła go w czarną otchłań lasu. Przerażony kotek zaczął spadać w dół, rozpaczliwie wołając swoją matkę. Ale ona nie nadeszła mu z pomocą. Słyszał za to odgłosy walki. Wiedział, że zdecydowała się poświęcić dla niego. Jego płacz przerodził się w szloch. Im bliżej był zderzenia z ziemią , tym cichsze były krzyki z góry, aż w końcu nie słyszał już nic. Bał się, że zaraz zginie i roztrzaska się o zimną skórę ziemi, lecz jeszcze bardziej zatrważała go myśl, że oto właśnie pozostał na świecie całkowicie sam.

Najpierw próbowały go złapać zielone, szerokie dłonie gałęzi pełnych liści. Tym samym zmniejszyły prędkość z którą leciał w dół. Potem wystawiły się ku niemu delikatne i puchate paprotki. Mech nadął się z całych sił i przyjął maleńkiego kotka na swoją pierś. Rozpłakany i przestraszony maluch nie zauważył nawet, kiedy bezpiecznie znalazł się na ziemi. Podkulił tylko ogonek, łapkami nakrył oczy i szlochał głęboko i nieszczęśliwie. Współczujące paprotki pochyliły się ku niemu i zasłoniły go, szczelnie ukrywając przed światem i wrogiem, który czyhał na jego życie. I tylko blady księżyc widząc to wszystko świecił dalej jasno, bo wiedział, że nadal żyje nadzieja. I trzeba wierzyć, że będzie dobrze.

Maleńki kotek utulony łagodnym szeptem leśnych kwiatów zasnął w końcu głębokim i smutnym snem. Śniła mu się kochająca matka, z którą leży wśród wysokiej trawy i czerwieni maków i próbuje łapać biedronki. Lecz one ciągle uciekają. Słyszy śmiech matki. Jest mu dobrze. Próbuje po raz kolejny i udaje mu się złapać owada. Odkręca się do kotki chcąc jej się pochwalić sukcesem ale nigdzie jej nie widzi. Wypuszcza więc biedronkę i zaczyna wołać. Coraz głośniej i rozpaczliwiej. Nie ma mamy. Ścisnęło mu serce i zaczął płakać. Ten płacz wytrącił go z krainy snów i choć niechętnie, otworzył oczka.

– Obudził się! Obudził się! Nic ci nie jest mój drogi, wszystko w porządku? – zapytał kotka z troską w głosie koślawy muchomor. Ale zaraz trącił go w bok podgrzybek, aż się mu kapelusz zatrząsł.

-Oczywiście, że nie wszystko gra Muchomorze.- powiedział z irytacją podgrzybek – dajcie mu pić! – Nakazującym ruchem przywołał do siebie kolorowego ptaka o czarno-żółtych skrzydłach. Szczygieł przyleciał szybko ze świeżą wodą w kwiecistym kielichu i podał malcowi. Kotek szybko wypił jego całą zawartość i z niepewnością rozglądał się dokoła, obserwując wszystkie wokół niego zgromadzone istoty. Zza tłumu gapiów wyłoniło się zwierzę. Piękne i majestatyczne. Jego rude futro lśniło w blasku słońca, a łapy poruszały się z gracją i niesamowitym wyczuciem. Lis podszedł do malucha i usiadł naprzeciwko niego. Przyjrzał mu się bacznie. Mała, szara puchata kuleczka, z wielkimi smutnymi oczyma pełnymi żalu i smutku po stracie ukochanej matki również patrzyła na dumną lisią sylwetkę.

-Czy wiesz kim jestem? – zapytał lis łagodnym głosem.

-Nie wiem proszę pana.- Niepewnie odpowiedział kotek.

-Znałem Twoją matkę. Wczoraj dzielnie walczyła, a ja z innymi leśnymi stworzeniami wraz z nią. Oddała za ciebie życie. Kiedy odchodziła z tego świata, złożyłem jej obietnicę, że Cię ochronię. Że nie zostawię Cię samego, aż nie będziesz bezpieczny.

Malec z wielkimi oczami patrzył na rudowłosego wojownika. I kiedy ten wspomniał o jego mamie, łzy kaskadą popłynęły po jego dziecięcych policzkach. Lis mówił dalej:

– Wiem, jak bardzo ważny jesteś dla naszego świata. Jak znaczącą rolę odegrasz w życiu wielu stworzeń i ludzi przede wszystkim. Nie pozwolimy Cię więc skrzywdzić. Zaufaj nam i pozwól sobie pomóc. Dobrze?

Dokoła zapanowała lekka wrzawa, wszyscy szeptali z uniesieniem. Lis wyczekująco patrzył na kociaka.

-Dobrze panie Lisie. Ufam Panu. Ma Pan dobre oczy.

-Doskonale. Powiedz nam jak masz na imię mały przyjacielu?

– Mam na imię Szaroburek.

W tym momencie niebo pociemniało i echem po lecie przebiegł odgłos grzmotu. Burza zbliżała się i wypuszczała na wolność pioruny.

-Chodź Szaroburku, nie ma chwili do stracenia. Czeka na ciebie pewien człowiek. Musimy do niego dotrzeć nim znajdą cię Mroczni Posłańcy.

Lis chwycił w pysk małego kotka i jednym zwinnym susem przeskoczył przez krąg leśnych stworzeń. Biegł szybko i pewnie, nie robiąc przy tym żadnego szelestu. Szaroburkowi mocno biło serce. Tęsknota wciąż ściskała jego żołądek i zwilżała oczy. Wiedział jednak, że matka liczyła na niego. Że obserwuje go teraz i wierzy, że mu się uda i spełni swoje przeznaczenie.

Wiara. Nadzieja. Miłość. W tym momencie maleńkie ziarenko odwagi w jego sercu wypuściło pęd. Jeszcze mały i wątły. Wymagający troskliwej opieki i uwagi. Wtedy nikt jeszcze nie przypuszczał, a nawet sam Szaroburek, że z tego drobnego ziarenka wyrośnie wielkie i potężne drzewo. Nikt nie spodziewał się, jak silny i dzielny stanie się ten mały, zapłakany kotek…

 

 

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Bajka o ocaleniu Szaroburka. Początek.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s