Kiedy wydaje Ci się, że wszystko dokoła jest bez sensu, a wręcz totalnie do dupy…

Nie wiem jak Wam, ale mi się zdarza co najmniej dwa razy na miesiąc taki moment, że życie wydaje mi się tak bezsensowne jak kilometry nabijane przez chomika w plastikowym kółku. Zawsze mnie zastanawiało, czy on zdaje sobie sprawę, że nigdzie nigdy nie dobiegnie? I podobne odczucie i przemyślenia łapią mnie także odnośnie mnie samej. Dokąd w ogóle zmierzam? Po co to wszystko? Dla kogo i w imię czego? Czy to naprawdę ma jakiekolwiek znaczenie? A co znaczenie mieć powinno?

Całokształt, który tworzę, widzę i odbieram przestaje mieć wyraz. Jakby docierało do mnie, że wszystko, ale wszystko bez wyjątku jest nietrwałe i prędzej czy później rozpadnie się, zardzewieje i zniknie jak zeszłoroczny śnieg.

Praca wydaje się być monotonnym ciągiem powtarzalności przeplatanym sztucznymi uśmiechami i walką o pozycję. Znajomi tracą nagle swoją wyjątkowość, niepowtarzalność i stają się ludźmi interesownymi i zapatrzonymi w czubek własnego nosa, nie różniąc się już wcale od reszty populacji. Rodzina bardziej jak radować zaczyna ciążyć poprzez swoje wieczne problemy i umartwianie się zakrawające o masochizm. Życie osobiste, z punktu jakiego właśnie na nie patrzysz, przypomina raczej króliczy bobek gdzieś bliżej podeszwy buta – nijaki, bezkształtny, smutny, samotny ale na szczęście nie śmierdzi jeszcze…

I tak jakoś niby przygniata Cię ciężar egzystencji, że śladem Bridget Jones masz ochotę albo nażreć się lodów przed odmóżdżającym filmem w TV albo nawalić się jak szpadel upadając twarzą w podłogę. Ale wiesz co? W tym szaleństwie jest metoda!

W tym malkontenctwie ulepionym z melancholii jest coś dobrego. Otóż nagle z pozycji lecącego ptaka widzisz z dystansu wszelkie kwestie Twojego życia. Dostrzegasz, że ten egzystencjalny dół pomaga Ci się odciąć, zresetować i zweryfikować niektóre sprawy na nowo. To co wydawało Ci się nader ważne, nagle straciło ową pilność albo wręcz stało się niczym rzep przy rękawie kurtki. Bierzesz go, wyrzucasz i zapominasz, że istniał.

Uświadamiasz sobie, że tak naprawdę nic nie trwa wiecznie. I to przygnębienie też minie. Znowu rzucisz się w wir pracy, znowu pokochasz całym sercem przyjaciół, a rodzina i życie osobiste będą w pełnej harmonii. Więc w tym momencie możesz się szeroko uśmiechnąć. Wziąć głęboki oddech i nie zwracać uwagi na poczucie bezsensu, które teraz zdaje się Ciebie mocno obejmować i ściskać serdecznie. Lepiej znajdź sobie jakieś zajęcie. Coś na co masz ochotę. Spraw sobie przyjemność. Bo czemu nie? Skoro nic nie ma sensu, póki sam go czemuś nie nadasz, dlaczego miałbyś odmawiać sobie przyjemności i radości doznań, skoro podobno jedynym sensem istnienia jest właśnie miłość i poczucie szczęścia? Jedyne co teraz możesz uczynić, to nie jest walka ze sobą i swoim stanem emocjonalnym ale właśnie przyzwolenie sobie na odczuwanie tego, co w Tobie siedzi. Zaakceptowanie tego. Niech się dzieje. Jedno Ci mogę obiecać : to minie 🙂 Poszerzaj swoją świadomość o pełne odczuwanie tego, co niesie ze sobą bycie człowiekiem.

 

 

 

 

 

Reklamy

4 uwagi do wpisu “Kiedy wydaje Ci się, że wszystko dokoła jest bez sensu, a wręcz totalnie do dupy…

  1. Czasem mam dola ale jak Ty przedstawilas „szary dzien” mnie dobilo… serio. Zawsze choc w jednej z tych dziedzin znajduje pociesznie. ..dzieki Bogu.
    I samo nic nie minie,trzeba dzialac. Bo inaczej zycie ucieka.
    Pozdrawiam

    Polubione przez 1 osoba

  2. Mówimy oczywisci o rodzaju emocjonalnego doła, który stanowi bardziej przerwę w ciągu nrmalnej egzystencji niż takiej, która jest raczej stanem konstans. Znając ludzi podpadających pod tę drugą kategorię mogę zdecydowanie powiedzieć, że tak jak w pierwszym przypadku introspekcja jest wskazna, tak w tym drugim nie, broń panie boże! Jak wzrok bazyliszka taka procedura może zabić, uwierz mi.

    Polubione przez 1 osoba

    1. Zgadzam się z tą introspekcją. Celne stwierdzenie:)

      Oczywiście, że chodziło mi o pojedyncze doły w trakcie raczej niezakłóconej emocjonalnie egzystencji, niż o dystymię czy depresję. To już trzeba jedynie uświadomić sobie, że ma się problem, ze chyba jednak potrzebna jest pomoc specjalisty.

      W Polsce niestety wciąż żywe jest jeszcze stwierdzenie, że do psychoterapeuty chodzą czubki albo ludzie z ograniczonymi możliwościami umysłowymi. Że lepiej się wygadać sąsiadce, przyjaciółce albo księdzu w konfesjonale i pomoże tak samo jak wylanie żali u psychoterapeuty i to jeszcze odpłatnie. Smutne to i ograniczające, bo osoba w potrzebie mogłaby sama sobie pomóc, decydując się na terapię. Wielkim krokiem jest już samo przyznanie się przed sobą, że potrzebuje się pomocy.

      W przypadku osób z objawami depresji, bądź jej „lżejszymi” odmianami, wgląd w siebie też jest stosowany, lecz w zależności od wyboru rodzaju terapii, po prostu przebiega to inaczej. I może nie zabija od razu ale na pewno powoduje niejednokrotnie ból i dyskomfort. Także masz rację 🙂

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s